Wydawnictwo:Znak Horyzont
Data wydania: 2 lipca 2018
Data wydania: 2 lipca 2018
ISBN: 9788324042913
liczba stron: 320
Lekturze tej książki towarzyszyły mi dwojakie emocje.
Radość i łzy.
Jak tu się nie uśmiechnąć, gdy czyta się o sielskim życiu na Wołyniu? Zgodnie ze sobą żyli Polacy, Żydzi i Ukraińcy.
Jak się nie uśmiechnąć, gdy czyta się o nastolatce, która mimo wojny chce się bawić i prosi mamę o pożyczenie ładnej garsonki? Albo cieszy się, że dostała nowe palto [s.114].
Potem były łzy i złość na to, co się tam stało. Za to, że te młode, często kilkuletnie dziewczyny patrzyły na śmierć swoich najbliższych. Jedna dziewczynka udawała martwą pod ciałem matki...
W 1943 roku na Wołyniu nie było bezpiecznych miejsc. Nie było bezpiecznych dni. Atak mógł nastąpić wszędzie i w każdej chwili.
Oprawcy nie szanowali nawet kościołów.
A zamiast Mikołaja do drzwi pukała UPA...
"Nic w życiu nie zostało mi oszczędzone, Pan Bóg zabrał mi rodziców. Zabrał mi rodzeństwo. Zabrał mi ukochanego męża i jedynego syna. Moje ukochane dziecko. Czy mam o to wszystko pretensje do Boga? Czy zwątpiłam w jego istnienie?
Na początku tak. Na początku nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wytłumaczyć i zrozumieć. Dlaczego akurat oni? Dlaczego akurat ja? Dlaczego to na nas spadły takie straszliwe nieszczęścia? Jak Bóg mógł na to wszystko pozwolić? Z wiekiem przyszła jednak pokora i zrozumienie. Nie, nie mam pretensji do Boga. To bowiem nie Bóg zadał mi te wszystkie cierpienia. Zadali mi je ludzie" [s. 164-165].
Cenię sobie książki tego typu.
OdpowiedzUsuń