wtorek, 6 stycznia 2015

Przychodzimy, odchodzimy leciuteńko na paluszkach...


Wydawnictwo:Znak
Data wydania: 17 lutego 2014
ISBN: 9788324028825
Liczba stron: 288
Spodziewałam się czegoś innego. Matka zmagająca się z choroba i stratą dziecka. Polska Jodi Picoult, polskie "Bez mojej zgody".

Tymczasem nie jest to powieść. Jest to przedruk bloga hospicyjnej wolontariuszki. Autorka bloga została nawet nagrodzona. Owszem, autorka straciła córeczkę i ma inne dramatyczne przeżycia za sobą.

Książki "Chustka", czy "Magda, miłość i rak" są zapisem jednej historii. Odzwierciedlają jedno życie. Opisują walkę z chorobą jednej, konkretnej osoby.
W "Zorkownii" takich historii jest wiele. Bo wiele jest pacjentów w hospicjum.
Z niektórymi osobami Agnieszka zaprzyjaźniła się bardziej. Czasami do hospicjum przychodziła codziennie.
Z niektórymi śmierciami trudniej jest się pogodzić. Jak pogodzić się ze śmiercią dziecka? Jak pogodzić się ze śmiercią młodej kobiety, która niedawno urodziła córeczkę? Agnieszka namówiła ją na napisanie pożegnalnego listu do dziewczynki.

Książka została mi polecona. Jak ktoś napisze, że przeczytał "Chustkę" to prędzej czy później ktoś inny "Zorkownię" mu poleci.
Książka ta wymyka się ocenom.
Po pierwsze. Nie jest to beletrystyka, tylko przedruk bloga. Strony nie są numerowane (W "Chustce" też nie były). Nie ma tu akcji, którą należy śledzić.
Po drugie niektóre rzeczy bardzo trudno jest ocenić. Czas i serce, które włożyła Agnieszka przebywając z pacjentami hospicjum. Wielokrotnie towarzyszyła im w odejściu. To wszystko zasługuje na najwyższą ocenę.

Książkę polecam. Sama od czasu do czasu zajrzę na blog Zorkownia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz